NIEDZIELA 21.08.2018

O wychowaniu

Synu mój, nie lekceważ karcenia Pana, nie upadaj na duchu, gdy On cię doświadcza. Bo kogo miłuje Pan, tego karci, chłoszcze zaś każdego, którego za syna przyjmuje.

Hbr 12, 5n

 

Pierwsza reakcja jest oczywista. Nie bardzo podobają mi się te słowa. Sprawiają dziwne wrażenie, wręcz odpychające. Mam ochotę zamknąć Biblię i odłożyć z powrotem na półkę. Ale właściwie dlaczego? Pewnie za sprawą tej „chłosty”, która kojarzy mi się z przemocą, z jakimś archaicznym i nieludzkim sposobem wymierzania kary. A może jeszcze z czymś innym, z czym nie mogę się uporać nawet teraz – w swoim dorosłym życiu, z czymś z mojego dzieciństwa…

 

Trwajcie w karności! Bóg obchodzi się z wami jak z dziećmi. Jakiż to bowiem syn, którego by ojciec nie karcił?

 Hbr 12, 7

 

Sam termin przywodzi na myśl słowo „kara”, choć przecież synonimami dla „karcenia” są określenia takie jak: nagana, upominanie, korygowanie. Trudno wyobrazić sobie poprawny i skuteczny proces wychowawczy bez systemu nagród i kar, którego bazę stanowi szczera i odpowiedzialna miłość rodzicielska. To właśnie ona sprawia, że niekiedy ze ściśniętym z bólu sercem, ojciec czy matka zmuszeni są uciec się do surowej stanowczości przez postawienie własnemu dziecku trudnych wymagań.

 

Wszelkie karcenie na razie nie wydaje się radosne, ale smutne, potem jednak przynosi tym, którzy go doświadczyli, błogi plon sprawiedliwości.

 Hbr 12, 11

 

Nie jestem już dzieckiem, ale wciąż jeszcze nie przestałem być karcony. Przez swoich rodziców czy dziadków, przez współmałżonka, przez przełożonego, przez spowiednika. Niekiedy moje własne błędy udzielają mi najmocniejszej nagany. I odnoszę wrażenie, że jestem jak uczące się chodzić nieporadne dziecko, które wciąż się potyka i upada.

Podniesiesz mnie, Tato?