NIEDZIELA 17.12.2017

 Głos w ciemności

 
 
 

     Znajdowaliśmy się w ciemnym miejscu. Trudno powiedzieć, czy było to pomieszczenie, czy jakaś inna przestrzeń. Jedno jest pewne: panował tam całkowity mrok. Przebywający tu ludzie wyczuwali nawzajem swoją obecność, ale nikt nie wiedział, ilu nas się tam znajduje. Niekiedy ręce, szukające po omacku jakiegoś punktu orientacyjnego natrafiały na postać kogoś, kto siedział skulony w tym bezmiarze cienia. Ale w poczuciu nieufności i lęku nikt z nikim nie rozmawiał, były tu wielkie rzesze ludzi, ale każdy czuł się ogromnie samotny…

     W zasadzie panowała tam cisza, ale raz po raz odzywały się jakieś nieokreślone szmery, jakby echa dalekich nawoływań, lamentów czy jęków, które każdy z siedzących tam odbierał ze wzmożoną wyrazistością. Potęgowała ten fakt ciemność. Ponoć wzrok potrafi przyzwyczaić się nawet do głębokiego mroku, ale tam, gdzie przebywaliśmy, wpatrywanie się weń niczego nie zmieniało. Wręcz przeciwnie! Nie można było patrzeć w tę wszechogarniającą czerń; prędzej czy później każdy z nas musiał zamknąć oczy, co nie uwalniało wcale od mroku, ale dawało pewną ulgę, pozwalało niejako schować się przed ciemnością. Zawsze już lepszy własny mrok, oswojony, niż ten zewnętrzny, który wdziera się jak złodziej w nocy…

     Nie mówiąc już o tym, iż zamykając oczy łatwiej było wyobrazić sobie własne ciało. To było chyba najbardziej przerażające – brak poczucia własnego ciała, które nie sposób było zobaczyć, bo nawet podsuwając dłoń pod sam nos, nadal nie można jej było dostrzec. Mieliśmy świadomość tego, że ta pustka ciemności ma zachwiać w każdym z nas poczucie bycia osobą, bycia człowiekiem, a skutkiem tego doprowadzić do obłędu i rozpaczy. Byliśmy ludźmi, ale coraz mniej wierzyliśmy w to, nie mogąc zobaczyć nawet skrawka swojego człowieczeństwa.

     Jak długo tak trwaliśmy? Trudno stwierdzić. Człowiek przeciętnie nie żyje dłużej, niż kilkadziesiąt lat, ale wydawało się nam, że trwało to całe wieki! Całe wieki czekania. Ale… czy my w ogóle na coś czekaliśmy? Zapewne zdziwi was to, co powiem, ale my już przestaliśmy czekać na światło. Większość z nas przestała już nawet wierzyć, że istnieje coś takiego, jak światło. I to właśnie niewiara wprowadzała cały ten nastrój głuchoty, paraliżu, bezsensu i śmierci.

     I nagle, nikt z nas nie wie jak ani kiedy, w tej ciemności, która była nie do zniesienia, usłyszeliśmy wołanie. Były to tylko dwa słowa: jest Światłość! To był głos wołającego, który nie był światłością, ale przyszedł zaświadczyć o światłości, aby dzięki niemu wszyscy uwierzyli.

J 1, 8

      Jak mogliśmy dać sobie wmówić, że nie ma światła?! Jakże mogliśmy przestać w nie wierzyć? Przecież to właśnie światło, palące się prawie niewidocznym płomieniem w każdym z nas – więźniów mroku – to ono pozwoliło nam przetrwać! Uwierzyliśmy, że oto nadchodzi prawdziwa Światłość świata, której już nigdy nie ogarnie ciemność. Już sama ta zapowiedź Światłości sprawiła, że w sercu nagle zrobiło się jasno! Ta Światłość chce przyjść także do Ciebie!