Ukrzyżowanie, Grünewald

 

   Zatrzymujemy się nad kolejnymi obrazami męki Chrystusa Pana. Wiemy, że rozważanie Jego cierpień, nie jest (i nie może być!) tylko ćwiczeniem intelektualnym. Chodzi tu o coś bardziej doniosłego, o przeżycie wydarzenia. A żeby przeżyć, trzeba żyć; a żeby żyć, trzeba być

    Dokonujemy tej niełatwej próby wprowadzenia samych siebie w tajemnice męki Pańskiej, zagłębienia się w nie, przeżywania razem z Chrystusem – na tyle, na ile jest to możliwe – Jego męki i śmierci. By ułatwić sobie to zadanie, posiłkujemy się dziełami sztuki, dając się im wprowadzać w to wielkie misterium. Zabieg ten nie jest niczym nowym w szerokim nurcie tradycji Kościoła. Wręcz przeciwnie, był on już obecny we wczesnym chrześcijaństwie, ale w sposób szczególny zaznaczył się w średniowieczu. Sztuka wieków średnich miała być właśnie kazaniem w obrazach, ilustracją świętych prawd głoszonych przez Kościół. Temu służyło malarstwo sakralne, sztuka witrażowa, rzeźba, a nawet architektura. Gdyby średniowieczne katedry, czy nawet zwykłe kościoły opróżnić ze wszystkich rzeźb, ołtarzy i obrazów, już sama architektura dałaby pierwszą lekcję katechizmu, mówiąc wyraziście o tym, kto jest Stwórcą świata; kim jest Bóg, a kim człowiek; jak dokonało się dzieło odkupienia i dokąd powinny kierować się dążenia człowieka.

 

Ukrzyżowanie, Matthias Grünewald, ok 1515, olej na desce, 269 x 307 cm, Colmar, Unterlinden Museum

     Właśnie takiemu celowi zilustrowania wiary Kościoła, podporządkowana jest środkowa kwatera wielkiego Ołtarza z Isenheim, pędzla Grünewalda, a właściwie Mathisa Gothardta Nithardta. W wizerunku tym darmo szukać piękna w rozumieniu chociażby artystów włoskich. Ale celem autora obrazu nie jest też wywołanie szoku czy  bulwersowanie, a zatem motywy, towarzyszące – niestety – niektórym tzw. „wydarzeniom artystycznym” czasów obecnych. I choć wielu w Grünewaldzie chciałoby widzieć takiego właśnie średniowiecznego skandalistę, nic bardziej błędnego. Mistrz, planując wypełnienie tej kwatery ołtarza sceną ukrzyżowania, zdawał sobie sprawę, że na obraz ten patrzeć będą przede wszystkim oczy alzackich wieśniaków, przychodzących do parafialnego kościoła na mszę świętą. Nie chciał ich szokować; zresztą po co miałby to robić? Malując, stawał się raczej jak kaznodzieja głoszący Mękę Pańską, który „nie cofnął się przed niczym, by przybliżyć brutalność tej pełnej cierpienia sceny: ciało konającego Chrystusa zniekształca męka Krzyża; z pokrywających je jątrzących się ran po biczowaniu sterczą kolce. Ciemnoczerwona krew tworzy uderzający kontrast z chorobliwie zielonkawą barwą ciała. Rysy twarzy i wymowne gesty rąk mówią nam o znaczeniu Kalwarii”.

 

     Ale cierpienie Zbawiciela znajduje też wyraziste odzwierciedlenie w postaciach tworzących tzw. grupę ukrzyżowania. Maryja odziana we wdowie szaty (właściwie nie odróżniające się barwą od bladości twarzy) mdleje w ramionach św. Jana. Malarz zawiera w tym geście dwa znane nam zdania, wypowiedziane przez Chrystusa, a zanotowane właśnie przez Jana: Niewiasto, oto syn Twój; Oto Matka twoja. Po drugiej stronie krzyża widzimy Jana Chrzciciela oraz towarzyszący mu starożytny symbol baranka niosącego krzyż i przelewającego swą krew do kielicha Eucharystii. Jan majestatycznie wskazuje na Zbawiciela, a gestowi temu towarzyszą wypisane słowa, również zaczerpnięte z Janowej Ewangelii: Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał.                                                                                                                                                                                                         J 3, 30

 

     Te dwa wymowne elementy: gest Jana Chrzciciela oraz słowny komentarz do ukazanej sceny, nie pozostawiają wątpliwości co do tego, jaki był zamysł średniowiecznego mistrza pędzla. Chodziło mu o to, by człowiek patrzący na ołtarz rozważył te słowa, co więcej, żeby ich doświadczył! Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał. Warto zwrócić uwagę na to, jak przedstawione tu postacie bardzo różnią się wielkością. Wystarczy porównać dłonie klęczącej pod krzyżem Marii Magdaleny z dłońmi Ukrzyżowanego, by w pełni zdać sobie sprawę z tej zaskakującej różnicy. Grünewald odrzucił jedną z podstawowych reguł sztuki nowoczesnej wprowadzoną w renesansie (obraz został namalowany w roku 1515) i konsekwentnie powrócił do zasady obowiązującej w średniowieczu: zróżnicował wielkość postaci w zależności od odgrywanej przez nich roli. „Podobnie, jak poświęcił ideę przyjemnego dla oka piękna, aby wyeksponować duchowe przesłanie ołtarza, tak samo zlekceważył nowoczesny wymóg zachowania właściwych proporcji, ponieważ pomogło mu to wyrazić mistyczną prawdę słów św. Jana”.

Oglądając obraz z odpowiedniej perspektywy, odnosi się wrażenie, iż Chrystus rzeczywiście staje się większy. Autor nie posługuje się grą światła i cienia w celu wprowadzenie poczucia trójwymiarowości, jednakże celowe zachwianie proporcji pozwala mu osiągnąć podobny efekt. Wszystkie postacie pod krzyżem zdają się być zepchnięte na drugi plan. Efekt ten został dodatkowo wzmocniony za pomocą gestu odchylonych głów, jak gdyby grupa rozsuwała się, by zrobić miejsce Ukrzyżowanemu. Nawet poprzeczna belka krzyża została przez artystę wyraźnie wygięta, sprawiając wrażenie wypychania całego przedstawienia poza ramy obrazu.

 

     Chrystus ma wzrastać, ja mam się umniejszać. Właśnie. To ja mam się umniejszać. Już nie mieszkańcy alzackiej wioski, już nie turyści udający się do muzeum w Colmarze, by obejrzeć to niebywałe dzieło. Nie oni! Ja mam się umniejszać, ja mam stawać pod Krzyżem, ale umieć odsunąć się na bok, jak Maria Magdalena, jak Jan, – ukochany uczeń Pana, jak sama Matka Bolesna. Umniejszyć się, ale nie dla jakiejś niezrozumiałej zasady, nie z fałszywej pokory. Umniejszyć się, żeby zrobić miejsce dla Niego. To przedziwne, ale w Ołtarzu z Isenheim umniejszył się sam autor. Umniejszył się, ponieważ nie poszedł za postępowymi na owe czasy odkryciami artystycznymi, ale skorzystał ze starych sprawdzonych środków, stosowanych przez malarzy prymitywnych. Ale myliłby się ten, kto posądzałby Grünewalda o brak talentu. O jego mistrzostwie i o znajomości tych nowych zasad malarskich świadczy obraz Zmartwychwstanie namalowany w tym samym roku do tego samego ołtarza. Zaskakuje nas gwałtowność z jaką ukazał autor zarówno świetlistość łuny spowijającej ciało Zmartwychwstałego, jak i bezradne gesty żołnierzy, oszołomionych owym niewyjaśnionym zjawiskiem.

     Warto pochylić się i nad owym Zmartwychwstaniem, ale w tym miejscu niech wystarczy jedynie jego wspomnienie, niejako dla kontrastu. Wracamy do sceny ukrzyżowania i rozważamy słowa zapisane czerwoną farbą na centralnym przedstawieniu Ołtarza z Isenheim: Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał. A umniejszać się, to nie szukać siebie, nie mówić o sobie, nie zwracać uwagi na siebie, nie zasłaniać sobą Chrystusa. O tym, jak trudno podołać temu zadaniu wiedział doskonale Jan zwany Chrzcicielem. Wielu ludzi właśnie jego uważało za oczekiwanego mesjasza. Nie uległ jednak pokusie wyzyskania stosownej chwili, choć tłumy gromadziły się wokół niego nad Jordanem, gdzie chrzcił. Gdy wypowiadał słowa: Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata, musiał liczyć się z tym, że uczniowie, których zgromadził wokół siebie, odejdą. Ale pozwolił, żeby tak się stało. Oddał ich Chrystusowi.

     Znamienne to słowa; stały się one codziennie powtarzaną przez kapłana frazą, w momencie, gdy ukazuje Świętą Hostię. Każdy z księży wie dobrze o tym, że o wiele łatwiej jest powtarzać te słowa, trzymając Chrystusa w dłoni, niż żyć nimi. Kiedy je wypowiadają, zasłaniają Nim swoją twarz i to On jest pomiędzy nimi, a ludźmi, których mają oddać Tobie. Ale czy oddają? A może przez resztę dnia zasłaniają Twoją twarz swoją, a Twoje dzieło swoimi małymi dziełami.

 

     Każdy z nas, którzy wpatrujemy się w Chrystusa – Baranka Bożego, zadaje sobie to samo pytanie. Może zwłaszcza rodzice, myśląc o swoich dzieciach i o tym, czy wystarczająco wyraźnie wskazywali  i wskazują na Tego, który jest Ojcem. Może rodzice chrzestni, którzy już dawno zapomnieli, że nimi są i że zobowiązali się do tego, by pokazywać swoim chrześniakom Chrystusa. Może małżonkowie, których patrzenie na siebie z miłością musi być w sakramencie małżeństwa najpierw wspólnym patrzeniem na Chrystusa i prowadzeniem współmałżonka nie do siebie, ale właśnie do Niego.

    Może i o tym myślał autor Ukrzyżowania z Ołtarza z Isenheim, gdy umieszczał na swoim obrazie słowa: Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał.

 

Krzyżu święty, nade wszystko,
drzewo przenajszlachetniejsze!
W żadnym lesie takie nie jest,
jedno, na którym sam Bóg jest.
Słodkie drzewo, słodkie gwoździe
rozkoszny owoc nosiło.

Tyś samo było dostojne,
Nosić światowe Zbawienie,
Przez cię przewóz jest naprawion,
Światu, który był zagubion,
Który święta Krew polała,
Co z Baranka wypłynęła.

Niesłychana to jest dobroć,
Za kogo na krzyżu umrzeć,
Któż to może dzisiaj zdziałać,
Za kogo swoją duszę dać?
Sam to Pan Jezus wykonał,
Bo nas wiernie umiłował.

 

Cytaty w tekście pochodzą z publikacji:

Gombrich E.H., O sztuce, Poznań 2016